fbpx

Dziś zaczynam cykl wywiadów z moimi klientkami – niezwykłymi przedsiębiorczyniami, które decydują się opuścić swój bezpieczny kącik, jaki by nie był i ruszają w nieznane.

Na początek poprosiłam o rozmowę Martę Wojtkowską -Radzicką – twórczynię marki Myślorysy.

Zapraszam do lektury.

———————————————————————————————–

– Cześć Marta! Dziękuję, że zgodziłaś się poświęcić mi trochę czasu, chciałabym wykorzystać tę szansę i podpytać Cię o wiele rzeczy! Wszystko oczywiście z myślą o kolejnych dzielnych kobietach, w drodze do życia na własnych zasadach. Powiedz proszę:  kim jesteś i czym się zajmujesz?

– Jestem mamą dwóch fajowych chłopaków, żoną równie fajowego męża, rysownikiem i sketchnoterem (tworzę notatki wizualne dla biznesu, edukacji itp.). Jestem również trenerem uważności dzieci i młodzieży.

– Jakie były Twoje początki? Jak to się stało, że teraz jesteś „na swoim”?

– Początki miałam czysto belferskie 🙂 Przez 17 lat byłam „panią od angielskiego”. Z czasem zaczęłam pracować również jako metodyk nauczania. Pracowałam z dorosłymi, młodzieżą i dziećmi. Miejscem mojej pracy był mózg i od tego się wszystko zaczęło. Próbując wydreptać ścieżki do głów moich uczniów bardzo często wspierałam się rysowaniem, tworząc notatki łączące słowa i obrazy. Robiłam to intuicyjnie aby bawić się nauką, wzmocnić przekaz, dodać mu trochę emocji i ułatwić przez to moim uczniom zrozumienie i zapamiętywanie treści. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to co robię ma swoją fachową nazwę 🙂

Przejście na „rysunkowe swoje” nie było dla mnie z jednej strony jakąś szokującą zmianą bo pracując jako lektor angielskiego, od początku zorganizowałam swoje życie zawodowe tak, żebym, w miarę możliwości, była panią swojego czasu. Z drugiej strony był to jednak skok w nieznane, powodujący niemałe drganie łydek i ucisk w gardle 😉 Myślę, że przyszedł po prostu taki moment, w którym poczułam bardzo silny „zew flamastra” i jednocześnie wypalenie nauczycielskie. Czułam, że przyszedł czas na zmianę. Zamknęłam oczy i „skoczyłam” 🙂 Poszło to w parze z rosnącym rysunkowym apetytem i przyjemnością jaką czerpałam z rysowania. Okazało się bowiem, że coś, co z początku wydawało mi się zwykłym rysowaniem „do szuflady”, zaczęło odkrywać przede mną nowe pola eksploracji tej umiejętności. Zaczęłam stopniowo tworzyć min. notatki wizualne dla biznesu i edukacji, pomoce do gabinetów psychologicznych, grafiki wielkoformatowe na korporacyjnych ścianach, ilustracje do książek, logo, plakaty na zamówienie czy wreszcie proste grafiki „grzejące” serducha, które zamieszczam na moim FB i IG. Okazało się również, że istnieje zapotrzebowanie na warsztaty myślenia wizualnego zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. To była i jest dla mnie świetna przestrzeń do skanalizowania mojej belferskiej energii 😉

Jednocześnie rozwijałam swoją własną praktykę Mindfulness oraz uzyskałam uprawnienia trenera uważności dla dzieci. Z tą częścią mojej działalności zaczęłam eksperymentować jeszcze mając pod swoim nauczycielskim skrzydłem dzieciaki, które uczyłam języka angielskiego.

– Marta to wszystko brzmi fantastycznie i daje ogrom nadziei osobom, które dopiero myślą o uwolnieniu się od etatu. Muszę Cię jednak o coś zapytać, bo młode przedsiębiorczynie mają z tym olbrzymi problem: jak udało Ci się dostać pierwsze zlecenia? Czy to było łatwe czy trudne?

– Może to dziwnie zabrzmi, ale do one przyszły same… zanim zaczęłam się o nie starać … nie wiadomo w sumie skąd. Jedno od dziewczyny, która  najzwyczajniej w świecie znalazła mnie na FB i obdarzyła mega kredytem zaufania (do dziś współpracujemy – tworzę do jej szkoleń notatki wizualne). Drugie zamówienie przyszło w wyniku kwitnącej poczty pantoflowej – od bardziej znajomych ust, do mniej znajomych ust, że jest sobie taka dziewczyna co może coś w korpo na mega dużej ścianie zmalować. I zmalowałam – tabelę Mistrzostw Świata w piłce nożnej … na drabinie, z poziomicą w zębach :))) Do dziś uważam, że było to jedno z bardziej szalonych zleceń. Zakwasy miałam przez następne dwa dni, ale radość i satysfakcję ogromną :))

– To cenne co mówisz! Bo oznacza, że bycie aktywnym w social mediach oraz zwyczajne mówienie znajomym czym się zajmujemy daje efekty! Sądzę, że może zmotywować sporo młodych przedsiębiorczyń do „wyjścia z szafy”.

– Cieszę się.

 – A powiedz, czy Twoim zdaniem to prawda, że robiąc z pasji swoją pracę już nigdy nie przepracujemy ani jednego dnia?

– Hmmm, ta konfucjańska myśl zawsze wydawała mi się nieco lukrowaną pułapką. Owszem, jestem wielką szczęściarą, bo to co robię zawodowo jest jednocześnie moją pasją. Czy to oznacza jednak, że nigdy nie bywam zmęczona lub sfrustrowana wykonywanym zadaniem? Absolutnie nie! Czy nie jest czasem tak, że pasja, która staje się „chlebem powszednim”, mającym jednocześnie zarabiać na twoje rachunki, nie okazuje się momentami źródłem znużenia lub obowiązkiem do wypełnienia? Nie raz i nie dwa 🙂

Zawodowe wykonywanie czegoś, co jest jednocześnie Twoją pasją, może również sprawić, że bardzo trudno jest ci zatrzymać się i dać sobie co jakiś czas wolne. To z kolei może prowadzić do przepracowania i stanu, w którym coś, co dotąd bardzo cię kręciło, powoduje poczucie przesytu i zmęczenia. Dodatkowo pracując w domu, bardzo trudno jest o zachowanie jasnej granicy między aktywnościami zawodowymi a życiem prywatnym.

Kiedy jesteś twórcą i żyjesz ze swojej pasji, jest również bardzo trudno o rzetelną wycenę własnej pracy. Na początku mojej rysunkowej działalności zawodowej było to dla mnie dużym wyzwaniem. Jak miałam brać pieniądze za coś, co sprawiało mi tyle twórczej frajdy (a w co jednocześnie włożyłam masę czasu, energii, pomysłów i zaangażowania, często pracując „po nocach” i w weekendy)?

Myślę, że od wielu sytuacji o jakich mówię powyżej, ratuje mnie różnorodność rysunkowych zadań, jakich się podejmuję oraz „zawodowy płodozmian”. Wypalenia i przepracowania rysunkowego pomaga mi uniknąć moja druga odnoga zawodowa, jaką jest uważność (ang. Mindfulness). Prowadzenie warsztatów uważności dla dzieci i młodzieży sprawia, że zyskuję przestrzeń na zajęcie swojej głowy, ciała i czasu zupełnie inną aktywnością, dającą mi równie wielką satysfakcję co rysowanie.

– Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w byciu przedsiębiorczynią?

Chyba wszystko to, co wykracza poza sam akt tworzenia i jest przedsiębiorczą „prozą życia”. Sprawy księgowe, wycena zleceń, techniczności IT, umowy, marketing i reklama to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Chociaż z czasem przywykłam i do tego i robię nawet małe postępy 🙂

– Opowiedz o procesie powstawania „Chwilołapek” – Twojego sztandarowego produktu.

„Chwilołapki” to ilustrowane karty z ćwiczeniami uważności dla dzieci. Jest to narzędzie skierowane do rodziców, psychologów i edukatorów pracujących z dziećmi, które ma ułatwić wprowadzanie dzieciaków w uważne smakowanie otaczającego je świata i coraz lepsze poznawanie samych siebie. Chwilołapki stworzyłam na początku „dla siebie”. W mojej trenerskiej praktyce brakowało mi takiego narzędzia i postanowiłam je sobie po prostu stworzyć. Powstawanie „Chwilołapek” to ponad dwa lata główkowania, planowania, eksperymentowania i syntezy własnych doświadczeń i wiedzy z zakresu Mindfulness. Sam proces tworzenia kart pozwolił mi na połączenie moich obu pasji – uważności i rysowania i był dla mnie niebywale przyjemną i ekscytującą przygodą. Mam w sobie ogromną radość i wdzięczność, bo Chwilołapki spotkają się bardzo ciepłym przyjęciem a obserwowanie jak karty sprawdzają się w praktyce daje mi ogromną satysfakcję i energię do dalszego działania.

– Czy uważasz, że internet pomaga we własnym biznesie?

– No jasne! Mimo, że jestem osobą ponad wszystko ceniącą sobie bezpośredni kontakt z żywym człowiekiem, internet okazał się dla mnie świetnym narzędziem do komunikacji z klientami, miejscem do budowania swojej marki i coraz większego grona jej odbiorców. Dzięki internetowi mogę też wykonywać swoją pracę praktycznie z dowolnego miejsca na ziemi (kiedy tylko mogę zaszywam się ze zleceniami w bieszczadzkim „końcu świata”).

– Jak zbudowałaś tak olbrzymią (ponad 40tysięcy) społeczność na Facebooku?

To zawsze trudne dla mnie pytanie, bo w sumie nie do końca sama wiem jak to się stało 🙂 Nie byłam i nie jestem wybitnym strategiem social mediów 🙂 Profil Myślorysy na FB zakładałam hobbistycznie, z myślą o wąskim gronie odbiorców (rodzina i przyjaciele). Na początku wraz z pojawieniem się każdej kolejnej dziesiątki obserwujących przecierałam oczy ze zdziwienia.

Myślę, że zgromadzenie na moim profilu takiej dużej społeczności zawdzięczam w dużej mierze autentyczności. Wszystko co tam znajdziesz płynie mi we krwi, buzuje w mózgu i gra mi w duszy. Nie publikuję tam żadnych treści, które nie byłyby w zgodzie ze mną.

Cieszę się ogromnie, że społeczność myślorysowa to mega życzliwi, otwarci, ciepli ludzie, pompujący się nawzajem dobrą energią. Myślorysy na FB i IG to ciepła przystań bez hejtu, pieniactwa, wrogości. Przystań, która daje na moment wytchnienie i zatrzymanie. Przypomina o smakowaniu i celebrowaniu zwykłych mikrochwil w naszym życiu (o czym czasem tak łatwo zapomnieć w codziennym pędzie). To miejsce gdzie można się uśmiechnąć, zadumać, czasem wzruszyć, a także zluzować gumkę w portasach 😉 Wydaje mi się, że po to właśnie tak wielu ludzi zagląda na Myślorysy. Myślimy podobnie, mamy podobną wrażliwość i wspólne czułe struny.

– Co byś poradziła komuś, kto właśnie myśli o starcie?

– Jeśli kręci Cię to, co robisz, nie myśl za długo 🙂 Działaj, próbuj, eksperymentuj. Nie rób rzeczy, z którymi czujesz, że jest ci ewidentnie „nie po drodze”, które nie są „twoje”.

Startuj mając przy sobie bliskich, wspierających cię ludzi, którzy dmuchną w twoje żagle, kiedy będziesz tego potrzebować.

– Czy warto mieć swoją stronę i sklep internetowy?

– Pewnie! Szczególnie jeśli pomoże wyczarować je ktoś taki jak Make it Fly J Bardzo doceniam wsłuchanie się w moje potrzeby i specyfikę mojej działalności. Dzięki temu jestem szczęśliwą posiadaczką strony i sklepu, które nie tylko zgrabnie śmigają, ale są też po prostu ucieleśnieniem myślorysowego ducha!

– Serdecznie dziękuję Marto.

– Ja również! I zapraszam na Myslorysy.pl